TZżaD poleca: Larsenofilia

winieta_2012Są dwie rzeczy, o których zawsze należy pamiętać. Koledzy są najważniejsi a Erik Larsen robi dobre historyjki obrazkowe. W związku z tym, w ramach polecanek, krótka rozmowa z kolegą Łukaszem Mazurem, który o twórczości Larsena wie dużo i prowadzi od kilku lat bloga na temat komiksów jednego z założycieli Image.

Kilka zdań na temat projektu pt. Larsenofilia.
Larsenofila to blog poświęcony Erikowi Larsenowi i Savage Dragonowi, bohaterowi którego ten pierwszy stworzył mając lat kilka, a później po odejściu z Marvela przywrócił do życia na łamach autorskiej serii. I ciągnie to po dziś dzień (184 numery w 20 lat – całkiem niezły wynik). Oprócz tego herosa na łamach Larsenofilii staram się pisać nt. wszelkich innych działalności Larsena.

Dlaczego akurat ten autor a nie Rob Liefeld? Wysublimowany czytelnik nie zauważy różnicy.
Mówiąc zupełnie serio i z jako takim szacunkiem do postaci Liefelda – to jednak nie ta liga, nie ta wyobraźnia i nie ten talent co u Larsena (zarówno jeśli chodzi o kreskę jak i scenariusze). Pierwszy raz zachwyciłem się pracą Erika przy okazji „Zemsty Złowieszczej Szóstki” prezentowanej na łamach Spider-Mana z TM-Semica (1993, jeśli dobrze pamiętam) i tak już zostało. Jakieś dziesięć lat później postanowiłem zebrać całą serię „Savage Dragona”, która wciągnęła mnie od pierwszego zakupionego zeszytu. Po kilku latach byłem już na bieżąco i tak w zasadzie jest do dzisiaj. A wracając do Liefelda to mam wrażenie, że to taka maskotka amerykańskiego komiksu superbohaterskiego, traktowana z przymrużeniem oka i przez sporą część czytelników i przez innych twórców.

2219013-23__revenge_of_the_sinister_six__part_six_confrontation__1024x531
Jeśli miałbyś kogoś wprowadzić w świat komiksów Larsena, to jaki tytuł byś polecił, jaki odradził a jaki uznał za tak zły, że aż dobry?
Zdecydowanie poleciłbym całą serię „Savage Dragona”, jako że to autorska seria Larsena, więc może robić tam to co mu się żywnie podoba i skrzętnie z tego korzysta. Ale wiadomo, że nikt się nie rzuci od razu na te ponad 180 zeszytów. Więc jeśli ograniczyć się do jednej historii/wydania zbiorczego to niech będzie to „Revenge” (#17-21), gdzie dzieje się dużo dobrego, a dodatkowo na deser Larsen serwuje epicką (straszne słowo, ale tutaj pasuje jak ulał) walkę z OverLordem (największy wróg SD, taki Iron Man tylko po złej stronie), czyli jeden z najlepszych momentów serii na przestrzeni 20 lat jej istnienia na rynku. Ale tak w sumie to można śmiało brać któryś z pierwszych 11 wydań zbiorczych – każdy z nich to stojąca na dobrym poziomie historia pełna akcji, romansów, dobrego humoru i tym podobnych. Z rzeczy „tak złych, że aż dobrych” to chyba wspomniana już „Zemsta Złowieszczej Szóstki” gdzie dzieje się DUŻO, co chwila do akcji wkraczają kolejni herosi, w finale dochodzi do epickiej potyczki i tak dalej i tak dalej. Przez lata zachwycałem się tą historią, teraz mam do niej znacznie większy dystans i domyślam się, że gdyby pojawiła się ona teraz w regularnej serii z przygodami Pająka to ściągnęłoby to gromy na twórców – w końcu w latach 90tych liczyła się głównie rozwałka, rozwałka i jeszcze raz rozwałka. Za to rysunki są tam na najwyższym poziomie i zachwycają mnie do dziś. Warto sięgnąć po zbiorcze wydanie, bo u nas była to dość pocięta historia. Natomiast jeśli chodzi o twórczość Larsena, to niczego bym nie odradzał. Taki będę.

sd39
Właśnie, nie przez przypadek polecam Twojego bloga na swoim. W takim Savage Dragonie aż roi się od tak złych, że aż dobrych konceptów. Masz jakieś ulubione czy uważasz, że to błędna interpretacja i Erik robi tylko dobre dobre rzeczy?
Erik robi tylko dobre rzeczy i nawet jeśli są „tak złe, że aż dobre” to robi to z premedytacją. Weźmy na przykład Dunga – superłotra (no, może nie taki super, to raczej czwarty garnitur przeciwników), który ma moc przetwarzania fekaliów z całego świata i przy pomocy swojego kombinezonu wystrzeliwania ich z różną mocą. Dalej – BrainApe, czyli wielka małpa z umieszczonym na swej głowie słoikiem z mózgiem samego Adolfa Hitlera, PowerHouse – heros/złoczyńca (w gruncie rzeczy to złożona postać) o twarzy kurczaka czy Mister Glum, karłowaty przybysz z obcej planety, który daje się „zaadoptować” przybranej córce Dragona jako ktoś w rodzaju „żywej maskotki” po to aby pozbawić życia płetwogłowego herosa. To tylko kilka z przykładów – akurat jeśli chodzi o same postaci. W całej serii roi się od złych-dobrych motywów. O, jeszcze jeden mi przyszedł do głowy – walka Boga z Szatanem na pięści i kopy i pamiętne „Don’t Fuck With God!”.
Na początku powiedziałem, że Erik robi tylko dobre rzeczy – nie jest to do końca prawda, bo ostatnio zdarza mu się zrobić coś gorszego i nie jest to bynajmniej celowe (jak te wymienione powyżej). Najlepszy przykład to numer 177 o którym było głośno na kilka miesięcy przed publikacją. Wszystko dzięki Zmutowanemu Zielonemu Osamie Bin Ladenowi, który powrócił do życia (w „SD” Larsen stara się nawiązywać do bieżących wydarzeń ze świata, czyli w tym przypadku USA) i obrał kurs na Amerykę. Jedyne co dobre w tym numerze to okładka, bo sama historia obraca się wokół – przyznaję – ciekawego motywu, ale poprowadzona jest w beznadziejny sposób. Ot, taka opowiastka po to żeby zwrócić uwagę opinii publicznej i liczyć na to że dzięki takiemu taniemu chwytowi numer sprzeda się nieco lepiej.

sd177

Chyba nie jesteś psychofanem Larsena. Stwierdziłeś ostatnio, że Erik „dziadzieje”. Możesz rozwinąć myśl?

Fakt, psychofanem bym się (już) nie nazwał, ale też nie jest tak, że nie jaram się nową okładką, zeszytem czy czymkolwiek innym związanym z Larsenem. Jaram się, ale „z głową”. Co do owego „dziadzienia”, to mam na myśli to, że to już nie to samo co np. sto (fuck!) zeszytów temu. Sporo motywów jest ogranych, mnóstwo rzeczy się na łamach serii wydarzyło (aż chciałoby się powiedzieć, że było już wszystko), nie ma też tego elementu świeżości który był w pierwszej setce. Kiedyś w połowie lat 90tych na łamach świętej pamięci „Wizarda” był spory artykuł o Dragonie właśnie, w którym pan redaktor pisał np. o tym, że żaden z istniejących bohaterów nie był tak poniewierany przez swego twórcę (Dragon posiada czynnik regenerujący, więc jak straci rękę, nogę albo i wszystkie nawet kończyny, to po jakimś czasie mu odrosną – Larsen często wykorzystywał ten fakt, żeby nieco „pobawić” się swoim herosem). A teraz to w gruncie rzeczy nic nowego i odkrywczego, nawet w DC czy Marvelu zdarzają się dość brutalne potyczki, pełne krwi i wypadających flaków. Wracając do tego, że „wszystko już było” – powoli zbliża się numer dwusetny, co jak na autorską serię jest niesamowitym wynikiem. A skoro taki jubileusz, to warto aby było tam coś wyjątkowego – tylko co? Larsen przyznał na swym forum, że nie ma pojęcia i prosił o podpowiedzi fanów. Nie sądzę żeby z nich skorzystał, acz jest to nieco dziwne posunięcie, jak na gościa, który do tej pory miał baniak pełen pomysłów. Poza tym warto też zwrócić uwagę na inny aspekt pewnego wypalenia się – samą kreskę. To już nie jest niestety to co można było obserwować kilka lat temu. Nie ma tej dokładności („mało postarania” – jak by to powiedział Klocuch12), często kolejne zeszyty wyglądają jakby były robione w pośpiechu… No, ale pomimo tego narzekania to nadal kawał cholernie dobrego twórcy.

Larsenofilia działa od października 2009. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę, że ostatnie dwa lata były chude, to i tak dobry wynik. Odgrażasz się, że aktywność zostanie wzmożona. Jakieś konkrety?
Plan jest taki, żeby w miarę na bieżąco informować co i jak – kiedy wychodzi kolejny numer, wrzucać przykładowe plansze, okładki i tym podobne. To taki plan minumum, żeby zachować jako taką przyzwoitość. Oprócz tego mam nadzieję, że pojawią się recenzje kolejnych zeszytów, może teksty na temat wydań zbiorczych. Jakiś wpis o kolejnej planowanej serii Larsena też by się przydał. Może jakiś konkurs? Ciężko powiedzieć jak będzie z tymi założeniami, bo Larsenofilia niestety nie jest nawet w pierwszej dziesiątce „rzeczy do zrobienia”, ale staram się nie dopuścić, żeby na blogu wisiały pajęczyny (co jednak często się nie udaje).

Na koniec jeszcze jedna rzecz – tak sobie gadamy o tym Dragonie wesoło, a wiadomo, że najlepiej jest przeczytać sam komiks. Od dłuższego czasu na blogu jest akcja „Niewielkiej Biblioteki Savage Dragona”, gdzie można za darmoszkę (prawie – szczegóły tutaj) zapoznać się z Dragonem. Niewielkiej – bo jest tam póki co pierwszy wolumin „Savage Dragon Archives”, czarno-białych przedruków pierwszych kilkunastu zeszytów serii. Ta się wtedy dopiero co rozkręca i najlepsze kąski są później, ale mimo wszystko można (i warto) się zapoznać. Więc jeśli ktoś chętny to niech się zapisuje na listę – idzie to strasznie wolno, ale zawsze do przodu, więc przeznaczone głównie dla zawodników obdarzonych sporą cierpliwością.

Dziękuję za rozmowę. No i pamiętajcie:

sd31_god

Reklamy

2 responses to “TZżaD poleca: Larsenofilia

  1. Krotkie acz bardzo tresciwie. Mnie osobiscie przekonalo by do SD zajrzec, choc nigdy fanem Image’ow nie bylem 🙂
    20 lat i 200 numerow serii autorskiej to naprawde popis, jakaby tresc tam w srodku nie byla 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s